Carpaccio z buraka

carpacciozburaka1Póki jeszcze na Zielonym Rynku nie rozhulała się sezonowość, a ja nie dostaję oczopląsu w sklepach na działach z warzywami i owocami, to przebieram w bulwach. I choć już bardzo tęsknię za zielonymi szparagami, to nie narzekam na ziemniaki, seler i buraki. Spotkałam się ostatnio z Dziewczynami, gdzie dwie z nich gęsto mówiły o miłości do buraka. Na tyle, że kolejnego dnia kupiłam kilka sztuk, a przepis na carpaccio zapożyczyłam od jednej z tych zakochanych w buraku Dziewczyn – Ani. Puszczam przepis w świat, bo carpaccio jest wyborne! Jutro wznawiam produkcję.

Składniki (na 1 talerz):

  • 1 burak
  • 1 łyżka oliwy + oliwa do podania
  • sól, pieprz
  • kiełki lucerny (lub inne, dowolne)
  • kawałek pokruszonego sera feta
  • pestki słonecznika (można podprażyć)
  • ocet balsamiczny
  • świeża mięta

Piekarnik nagrzać do 200’C. Buraka umyć, ułożyć na kawałku folii aluminiowej, polać oliwą, doprawić solą i pieprzem, zawinąć szczelnie w folię. Piec przez 1 i 1/2 godziny. Ja pozostawiłam buraka w piekarniku do ostygnięcia. Jak dodaje Ania, buraki można upiec nawet kilka dni wcześniej i przechowywać w lodówce.

Obrać buraka, pokroić na cienkie plasterki, ułożyć na talerzu. Ładniejsze plastry ułożyć po zewnętrznej stronie talerza. Środek przykryć kiełkami. Ułożyć fetę i pestki słonecznika. Polać oliwą i octem balsamicznym. Przybrać świeżymi listkami mięty.

carpacciozburaka

11 thoughts on “Carpaccio z buraka

  1. Buraki są zdecydowanie niedoceniane, przyznać muszę. A szkoda. I już nie chodzi o walory zdrowotne, ale smakowe! Mnie niestety – wstyd – ale zniechęcało obieranie ich: cała organizacja z rękawiczkami na czele ;/ ale Twoje carpaccio wygląda pysznie!

  2. No dziewczyny, nie dobijajcie mnie z tą organizacją obierania buraka. Ja wiem, że to czasami głupio wyjść z takimi „czerwonymi łapciami” do ludzi, np gdybyśmy miały na drugi dzień ślub. Ale na jakieś party, jak najbardziej bym się wybrała i opowiadała, że farbowalam na świety kolor jakiś ciuch. Albo, że ręce mi tak zlodowaciały, bo trzymałam pudełka z lodami na poparzone miejsca….hihihihi…….Ale byłby fun i śmiech! albo zaciekawienie i współczucie. Ale wstydzić się za „obcowanie z naturą”, przyrodą w czystej postaci… hehe :-) „Czerwone” rączki nie są takie najgorsze. Jak byłam w podstawówce (hahaha….dawno temu) to od kogoś zaraziłam się kurzajkami (brrrrr) no i mama w aptece kupiła „coś” na ich „wyplenienie”. To było jakieś „maścio-lekarstwo” chyba ze srebrem w składzie, które po zastosowaniu utleniało się i robiło czarne. Leczenie polegało na smarowaniu kurzajek kilka razy pod rząd i tzw. ich „wypaleniu” (nie wiem do dziś na czym to leczenie polegało). Za nic nie dałam sobie ich posmarować, a kurzajek było sporo, bo zanim mama się zorientowała, że je mam, to się zdrowo namnożyły. Kurzajki były na wierzchu obu dłoni. Mama podstęp zastosowała, pomaziała mi te łapska, jak spałam. Pewnie trudno jej to szło i za bardzo nie mogła wycelować, aby były zgrabne kropeczki. O, przypomniałam sobie, to był „lapis” – ten lek i nie w maści, a taki „sztyfcik”, jak pomadka do ust. Rano budzę się i czas do szkoły, a moje dłonie w „czarnych ogromniastych piegach” jakby je dżuma zaatakowała. Ryczałam i prosiłam mamę, żeby nie iść do szkoły. Jedynie na co się zgodziła to rękawiczki i tak w nie ubrana powędrowałam do szkoły. Jakie zamieszanie było wśród dzieciaków w klasie. Pytały z przejęciem co się stało, a ja bezczelnie kłamałam, że się poparzyłam i jeszcze inne cuda wymyślałam. Kuracja trwała dwa tygodnie ze skutkiem wyleczenia, choć już po tygodniu odechciało mi się nosić rękawiczki i potem zmyślałam, że mam dżumę …..hahahaha….Ale teraz o burakach warto coś dodać. Znam je z zup (barszcze, chłodniki), na jarzynkę zasmażane, z koktajli oczyszczających, sałatek śledziowych, a jakże carppacio też mi nie jest obce. Ostatnio, czyli przez 6 miesięcy pokochałam je w sałatce z samą tylko cebulą. Gdyby mi ktoś powiedział, że są genialne tak podane. to bym nie uwierzyła. A jednak spróbowałam i się „zakochałam”, i raz na 3 tyg ją robię, bo schłodzona w lodówce jest super nawet na upały i można jeść według mnie bez niczego. Przepis znalazłam w książce, której autorka prowadzi „mini hotelik, tzw. guest-house” koło Durbanu na południowym wschodzie RPA. Składniki są na 6 osób, ale łatwo moża podzielić, oto on: 10 średnich buraków + 2 średnie cebule oraz
    dressing, czyli sos: 100 ml octu balsamicznego + 50 ml extra virigin olive oil + 5 ml = 1 łyżeczka cukru + 15 ml = 1 łyżka stołowa świeżego, posiekanego taragonu lub tymianku ( ja od samego początku używam świeżego tymianku, bo taragonu nie udało mi się kupić do dziś) oraz sól i czarny pieprz do smaku.
    – dzień wcześniej ugotować buraki w skórce lub upiec, jak kto woli, odstawić do wystudzenia – dnia drugiego zimne obrać (hihihi w rękawiczce) i pokroić w półplasterki, nie za cienkie, przełożyć do miski, salaterki itp.
    – obrać cebule, pokroić w półplasterki, nie za grube i na 30 minut zalać zimną/lodowatą wodą, ten zabieg spowoduje, że cebula stanie się „słodsza”( przysięgam to prawda i „złagodnieje”, będzie taka „jędrna”)
    – po tym czasie (30 min) odcedzić na sitku lub durszlaku i wyłożyć na buraczki
    – składniki na dressing razem wymieszać i polać nim buraki z cebulą, wszystko razem wymieszać i odczekać około 10 minut, aby smaki się wymieszały, a sos pięknie „otoczył” warzywka
    – podawać można z mięsem z grilla, na obiad do drobiu pieczonego w piekarniku, samą i jak kto woli :-)))))
    To jest moja jak na razie trzecia sałatka „best ever”.
    pzd, Ursa, Kpd
    p.s. ręce od buraków „kolorowane” to pikuś….. hihihi…hahaha… w porównaniu, kiedy przy obieraniu takie buraczysko strzeli sokiem spod obieranej skórki i masz „picasso wzory” na sobie, kaflach wokół, nawet na suficie czy naczyniach na suszarce, bo właśnie je zmyłaś. To dopiero jest roboty, mój K leci wtedy do kuchni i pyta co się stało, bo ja klnę jak, nie przebierając w słowach, szewc…… hihihihi…….U.

  3. Podoba mi się :) Uwielbiam wszytko co ma cokolwiek wspólnego z burakami :) Ale w szczególności ubóstwiam jeszcze gorące, dopiero co wyjęte z garnka, nabite na widelec mmm wspomnienia dzieciństwa :)

  4. To nie tak, mnie się głupio zrobiło, że tak wyjechałam z tymi kurzajkami przy jedzeniu. No i w ogóle tak dużo wpisuję. Choć lubię pogadać i pośmiać. I te ręce kolorowe tak jakoś same mnie nasunęły wspominki. Jeśli Ty się nie obrazisz na te wpisy to mogą zostać.
    pdzr, Ursa, Kpd.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s