J’adore Paris!

6Kocham Paryż. Kolejny pobyt, po niedługim czasie rozłąki z tym miastem, utwierdził mnie w absolutnym przekonaniu, że pasowałabym tam jak ulał (pomijając słowiańską urodę i nieznaczną(!) nieznajomość języka francuskiego, ‚yyy, eee, une bagguete et… stawberries tartelette, s’il vous plait?’), a pewnego dnia zamieszkam w dziupli na poddaszu na Montmartre i stanę się la petite parisienne. Nie będąc zatem gołosłowną, po powrocie rozpoczęłam samodzielną naukę francuskiego. Oui, j’apprends le francais!

O poprzednim pobycie w Paryżu pisałam TUTAJ. Wówczas był listopad, jesień w Paryżu była przepiękna, a pod największymi atrakcjami turystycznymi hulał wiatr. Tym razem wybrałam się w maju. Pogoda była wymarzona, lecz z tłumami turystów z każdego krańca świata nie bardzo chciało mi się bratać. Zamieszkałam na tydzień na Montmartre w paryskiej kamienicy – z wysokimi sufitami i starymi oknami do podłogi, z wąską klatką schodową z kręconymi schodami wyłożonymi bordowym chodnikiem, i stosem świetnych francuskich książek i detali Antoine’a. Codziennie stawiałam się w boulangeries, skąd wychodziłam z bagietką, deserami, quiche’ami i innymi rewelacjami francuskiego piekarstwa (na Montmartre, dwa cudowne adresy: La Galette des Moulins, 1 Rue Norvins i Boulangerie Gontran Cherrier, 22 Rue Caulaincourt).

9

2

Codziennie też przechadzałam się paryskimi ulicami, niekoniecznie unikając największe atrakcje turystyczne z jeszcze większymi tłumami. Ale również (i głównie) zajadałam się makaronikami od Laduree i zupą cebulową z lokalnej knajpki, odwiedziłam księgarnię Shakespeare & Company, pierwszy butik Chanel, park Buttes-Chaumont, kawiarnię, w której pracowała Amelia (Café des Deux Moulins) i wiele wiele innych miejsc. Wszystkie (te z listopadowego i majowego wyjazdu) znajdziecie na TEJ mapie.

5

7

Już pierwszego dnia po przylocie musiałam oblecieć wszystkie okoliczne schody Montmartre. Ich widok w nocy sprawia, że ma się ochotę pozjeżdżać po poręczach, a zadyszki wchodząc pod górę w ogóle nie słychać. Kolejnego dnia dobiegłam do Wieży Eiffla i karuzeli. Był i dzień na moją ulubioną, lewą stronę Sekwany wraz z Dzielnicą Łacińską i La Grande Epicerie (a jakże). Na ‚Luco’ (Ogrody Luksemburskie) i Parc des Buttes-Chaumont. I na małe paryskie zakupy (niech to!). I był jeden wieczór, najlepszy ze wszystkich najlepszych – na Polach Marsowych, gdzie gapiłam się wraz z całym siedzącym na trawie tłumem w iluminacje o pełnej godzinie.

3

4

Ach, nie zapomniałam również o winach i serach. W szczególności jeden ser wspominam z czułością. Ten, który było czuć w całym mieszkaniu, mimo szczelnego pojemnika i zamkniętej lodówki. W smaku był równie intensywny – jadłam go przez tydzień. U Berthilliona z kolei genialne lody o smaku czarnego sezamu!

8

1

Zaś po powrocie, pomijając pochłanianie języka francuskiego, towarzyszą mi leciutkie lekturki o mieszkańcach Paryża – „Zakochany w Paryżu. Miasto Świateł okiem paryżanina” Olivier Magny (francuski odpowiednik tej książki wyszperałam wśród stosów u Antoine’a i wizualnie bardziej przypadł mi do gustu niż polski przekład; swoją drogą Olivier Magny to znawca win i założyciel winiarnio-baru O Chateau) oraz „Bądź Paryżanką, gdziekolwiek jesteś” Anne Berest i in.

Au revoir, Paris!

20141122-IMG_4015Z Paryża wróciłam już tydzień temu, lecz nadal pozostaję pod jego wrażeniem. Mimo listopadowego chłodu, jesień to piękna pora, żeby zwiedzać Paryż. Pieszo.

20141119-IMG_3870

Od samego początku nastawiałam się na omijanie muzeów – w Luwrze już byłam, a formy statyczne niespecjalnie mnie intrygują, zwłaszcza kiedy dni w Paryżu mam tylko cztery. Wolę chłonąć miasto – przyglądać się paryskiej ulicznej modzie (!), witrynom boulangerie, pattiserie i niezliczonej ilości knajpek, obserwować mieszkańców podczas odpoczynku w parku, przechadzać się uliczkami i jeździć rowerem w paryskich korkach (sport ekstremalny, zwłaszcza na rondzie). Przez cztery dni czułam się jak prawdziwa Parisienne.

20141118-IMG_3791Paryż najlepiej zwiedzać pieszo (poruszamy się wszak w ramach 1 zony, która nie jest tak duża, jak mogłoby się wydawać), a nocleg zarezerwować blisko centrum (omijając skrajne dzielnice północne i 10.). My wynajęliśmy przez airbnb.com mieszkanie na Bastylii – perfekcyjna baza wypadowa blisko ścisłego centrum – jednak nie tak droga, bo to już 11. dzielnica.

20141118-IMG_3787Codziennie rano raczymy się bagietkami z piekarni, a z dnia na dzień jemy coraz bardziej śmierdzące sery. W porze lunchu łapiemy w rękę crepes, wieczorem ustawiamy się w kolejkę do najlepszej azjatyckiej knajpki w Paryżu. Próbujemy też macarons i na próżno szukamy kasztanów na Placu Pigalle. Trochę buszujemy w okolicach Chatelet w vintage shopach, które są prawdziwym rajem dla poszukiwaczy modnych perełek.

20141118-IMG_3846

20141119-IMG_3890

W listopadzie calusieńki Paryż ustrojony jest już na święta. Warto zerknąć w tym okresie do Galerii Lafayette i La Grande Epicerie lub najzwyklej przejść się wzdłuż Champs Elysees.

20141120-IMG_3966

Nie wolno Wam zapomnieć również o Montmartre. Oprócz obowiązkowych symboli – Sacre Coeur, Moulin Rouge i kilku innych wiatraczków – stąd rozpościerają się najpiękniejsze widoki na panoramę Paryża, i tutaj są najpiękniejsze wąskie uliczki i schody.

20141120-IMG_3963

20141120-IMG_3962

Przewodnik realizujemy od a do z, więc w dzień wylotu możemy pozwolić sobie na ponowne leniwe przejście pod Wieżę Eiffla, a po drodze zjeść lody Berthillon o smaku solonego karmelu, odwiedzić Gare de Lyon i przejść Rue Saint Dominique.

20141121-IMG_4016

20141121-IMG_4013

20141121-IMG_4019I najlepsze na koniec: iluminacje na Wieży Eiffla, które odbywają się wieczorami tylko (niestety) co pełną godzinę, więc warto nie biec na nie na dwie minuty przed rozpoczęciem. A później rozpaczać, że należałoby przeczekać kolejną godzinę pod wieżą, żeby jeszcze raz to obejrzeć.

Lista miejsc, które odwiedziliśmy w Paryżu – TUTAJ

20141119-IMG_3927

Moje wakacje we Włoszech – Rzym i Kampania

20130907-DSC_1529Ach, co to były za wakacje! Przepiękny, tętniący życiem Rzym, malutkie kolorowe domki na stromych zboczach Wybrzeża Amalfi i niesamowicie lazurowa woda na Capri. Do tego chaotyczna, łamiąca wszelkie kodeksy jazda Włochów, ich otwartość, i wspaniała kuchnia. Kto choć raz był we Włoszech, wie, że już same widoki zwalają z nóg. O kulinariach Italii nie wspominając.20130901-IMG_1434

W Rzymie lądujemy w niedzielę wieczorem. Docieramy do miejsca, gdzie spędzimy dwie najbliższe noce, czyli u Andrea. Na dole, zaraz koło naszej kamienicy znajduje się genialna lodziarnia Gelatario, w której panują tłumy, ilekroć razy ją mijamy. Następnego dnia zaczynamy zwiedzanie Rzymu (o ile w ogóle to miasto da się w jeden dzień zaliczyć). Rzym warto zwiedzać na piechotę. A poniższa mapka (kliknijcie w mapę, aby powiększyć) przedstawia naszą jednodniową trasę.

rzymmapa

Wycieczkę zaczynamy od Placu św. Piotra i już wiem, że zupełnie nie przemyślałam tego punktu.

20130903-DSC_1378Mam na sobie krótkie szorty, co szybko przyuważam nie tylko ja. Nie wchodzimy, mamy pretekst do powrotu. Spacerujemy zatem po Placu, koło Zamku św. Anioła i Mostem Aniołów. Włócząc się uliczkami docieramy do Placu Navona, Panteonu i Pałacu Sejmu Włoskiego. Powoli już rozglądamy się za pierwszym posiłkiem, bo upał i chodzenie szybko nas wykańcza.

20130903-DSC_1399Regenerujemy siły w knajpce na Via Corso i docieramy do Piazza del Popolo. Stąd mamy już tylko jedno w głowie – paść plackiem na trawie w Ogrodach Borghese. Siły jednak nie chcą się już nabierać, a Arturowi doskwierają mocne odciski, więc wracamy do domu, na włoską sjestę. Popołudniu, kiedy upał już słabnie, ponownie uderzamy na podbój Rzymu. Zaczynamy od Schodów Hiszpańskich, gdzie oblegany jest każdy ich stopień przez włoską młodzież i turystów. Zjadamy pierwszą pizzę podczas pobytu w klasycznej, rodzinnej pizzerii. Następnie kierujemy się do Fontanny Trevi. Przechodzimy koło Pałacu w Kwirynale i Placu Weneckiego, by w końcu dotrzeć do Forum Romanum, a następnie Koloseum.

20130903-DSC_1434Jesteśmy wykończeni i zachwyceni Wiecznym Miastem. Muszę przyznać, że to jedno z najpiękniejszych miast europejskich. Na pewno tam wrócę. Chociażby dla tych wszystkich lodziarni.

20130903-DSC_1400

Kolejnego dnia opuszczamy Rzym i udajemy się na Wybrzeże Amalfi, gdzie spędzamy resztę naszego pobytu.

20130907-DSC_1579Mieszkamy u Piero i jego rodziny w przytulnym pensjonacie zaraz przy plaży w Maiori. Piero codziennie przygotowuje śniadania. Szykuje nam tomato bread z pomidorków koktajlowych ze swojego ogrodu, kremową kawę z kawiarki i miód od znajomego. Opowiada nam swoje historie, a my raczymy się przysmakami na jego tarasie z widokiem na morze.

Print

Codziennie mamy ten sam rytuał – plaża rano, miasto wieczorem. Plaże są wąskie i kamieniste, umieszczone między stromymi klifami, niezwykle urokliwe, z lazurową, ciepłą wodą.

20130905-IMG_1483Wieczorami udaje nam się dotrzeć do sąsiadującego Minori, a także pięknego Amalfi i jeszcze piękniejszego Positano, oraz Ravello (do którego docieramy po kilku kilometrach schodkami w górę).

amalficoast

20130905-IMG_1499

20130905-IMG_1500

20130904-IMG_1473Wszystkie te miejscowości są tak piękne, że miałoby się ochotę umrzeć, patrząc na zwisające z urwisk domki. Pod wpływem widoków szybko zapomina się też o tym, że w pocie czoła trzeba było wdrapać się na górę, aby je obejrzeć. Zresztą, co ja opowiadam, zdjęcia mówią same za siebie.

20130907-DSC_1519

20130907-IMG_1521

Jednego dnia odwiedzamy też promem Capri, gdzie lazurowa woda obserwowana z samego szczytu aż się prosi, żeby do niej wskoczyć. Z tego szczytu. Aż się marzy posiadanie wówczas choćby najmniejszej łódki, żeby leniwie dryfować sobie wzdłuż brzegu, i skakać do wody wprost zza burty.

20130907-DSC_1546

20130907-DSC_1524

20130907-DSC_1551W drodze powrotnej zahaczamy jeszcze o Neapol. Jesteśmy rozczarowani, jak brzydkie i zaniedbane może być miasto, więc nie zostajemy tam długo, tym bardziej, że najlepsza pizzeria w mieście okazuje się być zamknięta.

20130909-DSC_1605

20130909-DSC_1603

20130909-DSC_1593Na autostradzie do Rzymu zaczyna się nasza największa przygoda, bowiem wtaczamy się w największe korki, i już wiemy, że nie zdążymy na samolot. Przydaje się jednak superbrawurowa jazda Artura rodem z Włoch, która omija wszystkie kolejki do bramek prawie poboczem (haha!) oraz robieniem oczu kota ze Shreka. Tym sposobem wpadamy przed samym zamknięciem odprawy na lotnisko. W torbie mam kilka paczek makaronów, pesto i czekoladowe ciastka. Jestem szczęśliwa.20130907-DSC_1586

Viva Italia!

veronaklodki

Trzydniową wędrówkę po Italii rozpoczynamy opóźnionym lotem i grą w karty na podłodze lotniska pod Gate’m. Po przylocie mamy problemy z zabukowanym autem. W końcu docieramy do Werony. Jest coś koło północy, śpimy w hostelu oddalonym o kilka metrów od balkonu Julii, czyli w samym centrum. Jeszcze w nocy szukamy knajpki, gdzie możemy zaspokoić nasz głód pierwszymi włoskimi specjałami. Niestety, miasto niechętnie tętni życiem – na chwilę przysiadamy na kawałek pizzy i nieschłodzone czerwone wino. Potem szybki spacer po starym mieście, koło Areny i wąskimi uliczkami.

Rano przechadzamy się wzdłuż rzeki i jeszcze trochę po starym mieście. Zaczyna się niesamowity upał. Podczas, gdy my rozpływamy się, Włosi wspaniale prezentują się w dopasowanym pełnym „ogarniturowaniu”. Żegnamy piękną Weronę i zmierzamy w stronę Cinque Terre.

veronagumy

parmamalePo drodze zatrzymujemy się przed Parmą, gdzie kupujemy 36-miesięczny parmigiano reggiano. Jestem pewna, że u nas tak długo nie będzie leżakować. Przebiegamy szybko po Parmie, w poszukiwaniu gelatto. Lody są niesamowicie pyszne, zwłaszcza pistacjowe, i bardzo kojące w męczącym upale.

La Spezia to nasz kolejny cel. Docieramy tam popołudniem i poszukujemy miejsca, żeby coś zjeść. Mamy wrażenie, że Włosi nie jadąją wcale, bo ponownie mamy problem ze znalezieniem restauracji. W porcie zjadamy zatem bułki z szynką parmeńską i spijamy czerwone wino. Wieczorem znajdujemy lokalną i bardzo obleganą pizzerię.

Rano jemy śniadanie z produktów, które kupujemy na dużym targu w La Spezia i już marzymy o całym dniu spędzonym na plaży. Z braku czasu i dróg, udaje nam się dotrzeć jedynie do ostatniego miasteczka Pięciu Ziem – Monterosso. Wylegujemy się w parzącym słońcu i kąpiemy w lazurowym morzu. Jest bosko.

monterosso

Popołudniu zmierzamy już do Genui. To przedostatni punkt naszej podróży. Szybko lokujemy się w pokojach i zaczynamy przygodę z tym miastem.

genovamiasto

Ponownie szukamy miejsca, aby zjeść. Przypadkiem trafiamy na maleńki i gwarny plac w samym sercu starego miasta. Zjadamy najlepsze, świeże makarony domowej roboty, pijemy wino, gramy w karty, gra muzyka. Przechadzamy się i gubimy w baaardzo wąskich uliczkach starego miasta, które o późnej porze trochę nas straszą.

genovamakaron

genovamiasto1

Rano postanawiamy, że omijamy zwiedzanie Mediolanu i szukamy plaży. Niestety, wejście na plaże kosztuje niemało, a portowa woda nie zachęca do kąpieli. Schładzamy się granitą i wspaniałymi lodami i ruszamy do Bergamo.

Na lotnisku odwołują nasz lot. Trwa to dobre pięć godzin, zanim ostatecznie znajdziemy się w hotelu, który zapewnia nam Wizzair. W południe dnia kolejnego wracamy do Polski z postanowieniem powrotu do Włoch raz jeszcze. Aby odebrać pozostawioną w Weronie marynarkę Artura, aby spróbować porządnej pizzy, i aby kolejnym razem wycieczka była bardziej w duchu włoskim, czyli „czekamy, nigdzie się nie spieszymy”.

genovaplaza