Bucatini all’amatriciana

bucatiniallamatricianaOd czego by tu zacząć. Może od tego, że ledwo, lecz szczęśliwie wróciliśmy zaplanowanym lotem z Rzymu z włoskich wakacji. O szczegółach wszak opowiem w kolejnym wpisie, gdzie szykuję foto i opisową relację o tym, jak to wspaniale we Włoszech, i że nie pada, a wręcz upał. Już przed wyjazdem skompletowałam kilka książek kucharskich z włoskimi specjałami i przestudiowałam trochę Internetu, co koniecznie zjeść, gdzie, i jak. W jednej z książek wyczytałam o makaronie all’amatriciana, który można znaleźć w menu wielu rzymskich restauracji, i którego nazwa wzięła się od miasta Amatrice, leżącego niedaleko stolicy. Danie bazuje na guanciale (lecz w większości zastępowany jest on boczkiem), serze pecorino i pomidorach, a powinno się je podawać z makaronem typu bucatini. I choć nie miałam okazji spróbować matriciana podczas zaledwie jednodniowego pobytu w Rzymie (zjadłam za to wspaniałe spaghetti alle vongole), to postanowiłam przygotować to danie w domu. Tym bardziej, że z wycieczki przywiozłam kilka paczek makaronów.

Składniki (na 3 osoby):

  • 300 g makaronu bucatini (spaghetti lub penne)
  • 1/2 cebuli
  • 2 łyżki oliwy
  • 100 g guanciale/pancetty/boczku
  • 2 małe papryczki chili
  • 1/3 szklanki białego wina pół- lub wytrawnego
  • 400 g pomidorów z puszki (lub świeżych bez skóry)
  • 1/2 szklanki tartego sera pecorino
  • pieprz

Makaron ugotować w osolonej wodzie zgodnie z instrukcją na opakowaniu.

Podczas gotowania makaronu przygotować sos. Drobno posiekać cebulę. Boczek pokroić w podłużne plasterki lub słupki. Papryczki oczyścić z pestek, pokroić. Na patelni rozgrzać oliwę, dodać cebulę, chwilę podsmażyć. Dodać boczek i chili, smażyć do momentu aż tłuszcz z boczku zacznie się wytapiać, a mięso lekko rumienić. Wlać wino i odparować. Dodać pomidory, zmniejszyć ogień i dusić przez kilka minut, aż pomidory się rozpadną, a sos zgęstnieje. Doprawić pieprzem. Jeśli potrzeba, doprawić również solą.

Makaron odcedzić i pozostawić kilka łyżek wody z gotowania makaronu. Wymieszać z sosem i połową sera pecorino.

Makaron podawać posypany resztą pecorino.

bucatiniallamatriciana1

Viva Italia!

veronaklodki

Trzydniową wędrówkę po Italii rozpoczynamy opóźnionym lotem i grą w karty na podłodze lotniska pod Gate’m. Po przylocie mamy problemy z zabukowanym autem. W końcu docieramy do Werony. Jest coś koło północy, śpimy w hostelu oddalonym o kilka metrów od balkonu Julii, czyli w samym centrum. Jeszcze w nocy szukamy knajpki, gdzie możemy zaspokoić nasz głód pierwszymi włoskimi specjałami. Niestety, miasto niechętnie tętni życiem – na chwilę przysiadamy na kawałek pizzy i nieschłodzone czerwone wino. Potem szybki spacer po starym mieście, koło Areny i wąskimi uliczkami.

Rano przechadzamy się wzdłuż rzeki i jeszcze trochę po starym mieście. Zaczyna się niesamowity upał. Podczas, gdy my rozpływamy się, Włosi wspaniale prezentują się w dopasowanym pełnym „ogarniturowaniu”. Żegnamy piękną Weronę i zmierzamy w stronę Cinque Terre.

veronagumy

parmamalePo drodze zatrzymujemy się przed Parmą, gdzie kupujemy 36-miesięczny parmigiano reggiano. Jestem pewna, że u nas tak długo nie będzie leżakować. Przebiegamy szybko po Parmie, w poszukiwaniu gelatto. Lody są niesamowicie pyszne, zwłaszcza pistacjowe, i bardzo kojące w męczącym upale.

La Spezia to nasz kolejny cel. Docieramy tam popołudniem i poszukujemy miejsca, żeby coś zjeść. Mamy wrażenie, że Włosi nie jadąją wcale, bo ponownie mamy problem ze znalezieniem restauracji. W porcie zjadamy zatem bułki z szynką parmeńską i spijamy czerwone wino. Wieczorem znajdujemy lokalną i bardzo obleganą pizzerię.

Rano jemy śniadanie z produktów, które kupujemy na dużym targu w La Spezia i już marzymy o całym dniu spędzonym na plaży. Z braku czasu i dróg, udaje nam się dotrzeć jedynie do ostatniego miasteczka Pięciu Ziem – Monterosso. Wylegujemy się w parzącym słońcu i kąpiemy w lazurowym morzu. Jest bosko.

monterosso

Popołudniu zmierzamy już do Genui. To przedostatni punkt naszej podróży. Szybko lokujemy się w pokojach i zaczynamy przygodę z tym miastem.

genovamiasto

Ponownie szukamy miejsca, aby zjeść. Przypadkiem trafiamy na maleńki i gwarny plac w samym sercu starego miasta. Zjadamy najlepsze, świeże makarony domowej roboty, pijemy wino, gramy w karty, gra muzyka. Przechadzamy się i gubimy w baaardzo wąskich uliczkach starego miasta, które o późnej porze trochę nas straszą.

genovamakaron

genovamiasto1

Rano postanawiamy, że omijamy zwiedzanie Mediolanu i szukamy plaży. Niestety, wejście na plaże kosztuje niemało, a portowa woda nie zachęca do kąpieli. Schładzamy się granitą i wspaniałymi lodami i ruszamy do Bergamo.

Na lotnisku odwołują nasz lot. Trwa to dobre pięć godzin, zanim ostatecznie znajdziemy się w hotelu, który zapewnia nam Wizzair. W południe dnia kolejnego wracamy do Polski z postanowieniem powrotu do Włoch raz jeszcze. Aby odebrać pozostawioną w Weronie marynarkę Artura, aby spróbować porządnej pizzy, i aby kolejnym razem wycieczka była bardziej w duchu włoskim, czyli „czekamy, nigdzie się nie spieszymy”.

genovaplaza