Serniczki mango

serniczkimango

Post z podróży Toskańskiej wciąż na warsztacie, i jak każdy mój wpis podróżniczy, znów wyszedł bardzo długi! Ale już go uwielbiam. Lubię wracać do tych wszystkich wpisów z miejsc, w których byłam – odświeżają wspomnienia jak nic innego!

Dzisiaj przepis na serniczki mango. Za każdym razem, kiedy chciałam zrobić coś, do czego potrzebowałabym pierścieni cukierniczych, akurat nie znajdowałam ich w sklepie. Kiedy znajdowałam, już ich nie potrzebowałam. W końcu zrobiłam je sama i między innymi o tym w przepisie.

Składniki (5 sztuk):

  • 100 g herbatników maślanych
  • 30 g masła
  • 500 g twarogu sernikowego
  • 100 g cukru drobnego
  • 1 pełna łyżka mąki pszennej
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego
  • 1 dojrzałe mango
  • 3 łyżeczki żelatyny
  • 2 łyżki soku z cytryny

Przygotuj składniki na ciasteczkowy spód. Herbatniki bardzo drobno pokrusz – mają przypominać gruby piasek. Rozpuść masło. Połącz herbatniki z masłem i dokładnie wymieszaj.

Ułóż pierścienie cukiernicze* na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce. Do każdego wsyp po około 2-3 łyżeczki pokruszonych ciasteczek i lekko dociśnij. Rozgrzej piekarnik do 180’C.

Obierz mango i pokrój na kawałki. Zblenduj na gładką masę. W misce połącz na jednolitą masę: twaróg, cukier, mąkę, jajko, aromat waniliowy oraz 3 łyżki puree z mango. Masę sernikową przełóż po 2-3 łyżki do każdego pierścienia. Wstaw do piekarnika i od razu zmniejsz temperaturę do 120’C. Piecz przez 30-40 minut.

Ostudź całkowicie upieczone serniczki. Zrób galaretkę mango. W garnuszku podgrzej pozostałe puree z mango i sok z cytryny. Żelatynę umieść z kokilce i zalej kilkoma łyżkami wody, odstaw na parę minut. Kiedy żelatyna nasiąknie, rozpuść ją zupełnie, stawiając kokilkę na gorącej płycie kuchennej (nie dopuszczaj do zagotowania żelatyny!). Rozpuszczoną żelatynę przelej do gorącego puree z mango i dokładnie wymieszaj. Przestudź i wyłóż na wierzch serniczków. Wstaw na co najmniej 1 godzinę do lodówki do całkowitego stężenia. Podawaj z kwaśnymi owocami i miętą.

*Jak zrobić pierścienie cukiernicze: Pięć kawałków folii aluminiowej złóż wzdłuż na cztery części. Utwórz krążki i podklej je taśmą lub zepnij zszywaczem. W tworzeniu idealnych okręgów pomoże Ci szklanka.

Więcej zdjęć znajdziesz na stronie Cukier Królewski.

krok2

Reklamy

Gofry belgijskie

gofrybelgijskie

Dobrze, że już ciepło! Dwa dni temu wróciliśmy z Toskanii (przepięknie! ale o tym w kolejnym wpisie). Wysiadając w Polsce z samolotu byłam zachwycona, że temperatury nie odbiegają rażąco od tych włoskich. Nareszcie, po długich bojach z zimą, mamy prawdziwą wiosnę! Będąc wczoraj pierwszy raz po długim czasie na ryneczku koło Hali Targowej cieszyłam się pięknymi kolorami na straganach. Ukochane piwonie, zielone szparagi, młoda włoszczyzna i… pierwsze truskawki. Kurczę, ale tęskniło się za tym!

No a dzisiaj – gofry belgijskie. Krzysiek stwierdził, że to najlepsze gofry jakie kiedykolwiek jadł. Ciężko się z tym nie zgodzić! Są naprawdę wyjątkowe. Cięższe i słodsze i wilgotniejsze niż te, które doskonale znamy z nadmorskich deptaków. A najlepsze jest z zewnątrz – chrupiący, skarmelizowany cukier! Najlepiej smakują z owocami, syropem klonowym, miodem i cukrem pudrem.

Składniki:

  • 20 g świeżych drożdży
  • 80 ml ciepłego mleka
  • 200 g masła
  • 3 jaja
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 300 g mąki pszennej
  • 150 g cukru perlistego

Przygotuj rozczyn. W miseczce pokrusz drożdże. Dodaj kilka łyżek ciepłego (nie: gorącego mleka) i odstaw. Rozpuść w rondelku masło i przestudź.

W dużej misce połącz rozpuszczone, ostudzone masło, roztrzepane jajka i ekstrakt waniliowy. Dodaj mąkę i drożdże i zmieszaj wszystkie składniki mikserem. Masa będzie bardzo gęsta. Odstaw na 1,5 godziny do wyrośnięcia – nakryj miskę ściereczką.

Kiedy masa podwoi swoją objętość, dodaj do niej cukier perlisty i delikatnie wymieszaj. Rozgrzej gofrownicę (nie używaj dodatkowego tłuszczu). Wykładaj po kopiastej łyżce masy na gofrownicę. Pilnuj piekące się gofry – karmelizujący się cukier może łatwo się przypalić. Upieczone gofry układaj na kratce. Podawaj z cukrem pudrem i owocami.

Więcej fotografii i rysunków do tego przepisu znajdziesz tutaj.

gofrybelgijskie1

Apulia – zwiedzanie autem, campingi i co warto zobaczyć

Wraz z końcem pobytu w Rzymie wypożyczyliśmy auto i rozpoczęliśmy objazd Apulii! Auto przez najbliższe półtora tygodnia miało nam służyć jako sypialnia. Włochy mają spore zaplecze campingów, jedne lepsze, drugie gorsze, bardzo tanie z zimną wodą i te droższe, z basenami i restauracjami. Próbowaliśmy różnych, bez szczególnego planu i bez rezerwacji. Do szczęścia potrzebowaliśmy tylko dmuchanego materaca, który zmieściłby się do naszego Kangoo. Po wyjeździe z Rzymu, złapaliśmy zatem Decathlon i gotowe! Pierwszy punkt – camping w Sorrento.

sorrento

Choć kilka lat temu urlopowałam się na Wybrzeżu Amalfickim, nie dotarłam wówczas do Sorrento. Na camping Nube d’Argento zajechaliśmy późnym wieczorem. Szybko zostawiliśmy auto i pogoniliśmy złapać jakąś otwartą trattorię. Sorrento nocą jest przepiękne! Tłum turystów o późnej godzinie pochował się już w hotelach, a na miasto wyskoczyli młodzi Włosi. Warto wtedy pospacerować wąskimi uliczkami, wśród bielonych domów, usiąść w parku nad klifem z widokiem na wybrzeże i port. Kolejnego dnia zjadamy śniadanie na campingu i uciekamy stąd – dzień jest bowiem upalny, a plaża w Sorrento absolutnie nieciekawa. Widać za to w oddali Wezuwiusza. Około pół godziny drogi od Sorrento zatrzymujemy się po drugiej stronie półwyspu – (nie)stety w hotelu, campingów bowiem tu brak.

amalfi

Jestem zakochana w Wybrzeżu Amalfickim! Kolorowych domkach na skarpach, wąskiej drodze, stromych klifach i malutkich miejscowościach z kamienistymi plażami.

Kolejnego dnia ruszamy do Apulii. Nie tak obleganej przez turystów zagranicznych, bardziej przez samych Włochów. Z językiem angielskim dość tu średnio. Krajobraz przy autostradach (autostrady to bardzo przesadzone słowo) niezachęcający. Wiele pustostanów, odpadów i zaniedbanych rozległych obszarów. Czego zatem szukaliśmy w pipidówach, do których Włosi wpadają spędzić urlop niczym Polak w Krynicy Morskiej?

Przecinamy „buta” i docieramy nad Morze Adriatyckie, na Półwysep Gargano, do Vieste.

vieste2

W Vieste chcieliśmy zostać jeden dzień, ale wyszło więcej. To przeurocza miejscowość z piękną, szeroką, piaszczystą plażą i białymi skałami wchodzącymi do wody. Z dala od tłumu turystów, blisko wypoczywających na wakacjach Włochów z rodzinami. Śpimy na Camping Apeneste i Baia degli Aranci. Pierwszy camping – po prawej stronie miasteczka (mniejszy, bez udogodnień, zaraz przy plaży), drugi – po lewej (ogromny teren, baseny, animacje dla dzieci, restauracje i bary, też przy plaży). Oba w centrum miasteczka.

vieste1

A miasteczko – bielone, z wąskimi uliczkami, sklepikami i knajpkami, głównym placem i latarnią morską. Przepiękne!

vieste

To jedno z najlepszych miejsc na długi wypoczynek, jakie odwiedziliśmy. Żal było opuszczać. Tym bardziej, że na plaży fruwały kitesurfingi – Krzysiek był zachwycony i sam musiał popływać. Warto zjeść w Gustus – kelnerzy uwijają się tutaj jak mrówki, jedzenie jest fantastyczne, a dookoła czuć zapach morza i wakacji.

Apulia to w ogóle świetne miejsce we Włoszech, żeby zjeść tanio owoce morza. Zajadaliśmy się nimi właściwie codziennie. Ale o tym jeszcze później.

Z rana opuszczamy Vieste i na chwilę wskakujemy do Bari. Tutaj też turystów nie spotkaliśmy. Było absolutnie pusto. Warto więc powałęsać się po starej części miasta. Jest bardzo włosko!

bari2

Bazylika, stare kamienice, wiszące pranie, stragany z owocami i stojące na każdym rogu podejrzane włoskie typki.

bari (2)

bari

Nie zostajemy tutaj długo i już za parę chwil dojeżdżamy do Polignano a Mare. Ciężko tu zaparkować, ale kiedy wreszcie się udaje, widok malutkiej plaży wciśniętej między klify wszystko rekompensuje. Niestety, środek sezonu powoduje, że plażowiczów tu nie brakuje, zresztą jak i tłumu turystów. Zdjęcia jednak obowiązkowe! Koniecznie z tarasu widokowego na pięknym moście.

polignano

polignano1

Po prawej na klifie – bielone domki i malutka starówka z licznymi wąskimi uliczkami. Nie jest to jednak miejsce na dłuższy odpoczynek, choć bardzo żałuję, że nie obejrzeliśmy Polignano a Mare nocą.

Zanim zalegniemy na dobre na plażach, zahaczamy jeszcze o Alberobello – jedno z najpiękniejszych miasteczek w całej Apulii. Urocze Alberobello to skupisko malutkich domków zwanych trulli ze spiczastymi dachami ułożonych z kamiennych łupków bez żadnego klajstra. Całe miasteczko wygląda jak z krainy Tolkiena!

arbelo1

Niewielkie trulli wciąż są zamieszkane, niektóre służą jako knajpki, sklepiki z pamiątkami lub pokoje na wynajem. Niejeden sklepik z pamiątkami oferuje darmowe wejście na dach, skąd rozpościera się zachwycający widok na wszystkie dachy miasteczka. Warto również dotrzeć na taras widokowy po drugiej stronie głównej ulicy i zrobić ostatnie zdjęcia z najdalszej perspektywy.

arbelo

arbelo2

Słońce zaczyna zachodzić, a my – oczywiście – bez zaplanowanego noclegu zaczynamy przegrzebywać Google Maps w poszukiwaniu najbliższej oferty campingowej. Dojeżdżamy do wybrzeża. Nieco się wałęsamy, bo na jednym campingu nas nie przyjmą, inny to campingowy Sheraton (również cenowy). Ostatecznie zatrzymujemy się na najtańszym campingu (Area Sosta Camper – Mokadoro Torre Canne), na jakim spaliśmy podczas całej podróży (17 €) niedaleko Torre Canne. Zupełnie spontanicznie wybrany nocleg, na największym zadupiu włoskiego świata, okazuje się jednym z najlepiej spędzonych wieczorów tego pobytu. Camping może nie powala, bo poza zimną wodą i płatnym wrzątkiem pod prysznicem, ogrodzoną wysoką siatką plażą, lecz miłym właścicielem, nic tutaj nie ma, lecz miejscowość Torre Canne ugościła nas wspaniale. Bowiem to tutaj, na skwerku, objadaliśmy się grillowanymi owocami morza i ośmiornicą w bułce, jedliśmy najpyszniejsze pierogi z sosem pomidorowym i mozarellą tzw. panzerotti z miejscowego „garmażu”, i podpatrywaliśmy mieszkańców. Totalna nieznajomość angielskiego (Włosi) czy włoskiego (my) zupełnie nikomu nie przeszkadzała. Również wtedy, kiedy ledwo dogadywaliśmy się z właścicielem campingu i trzeba było uruchomić gestykulacje i rysowanie na kartkach.

torrecanne

Po niezapomnianym wieczorze w Torre Canne i snach o kolejnym panzerotti udajemy się na drugą stronę „obcasa”. Tym razem mamy ochotę zatrzymać się w jednym miejscu na dłużej – plażować, czytać książki, spacerować, jeść owoce morza. Zupełnie przypadkiem docieramy do Torre San Giovanni i campingu (a raczej resortu) Riva di Ugento. I choć okolica jest dość beznadziejna, to sam camping jest spełnieniem naszych marzeń. Dostajemy bowiem poletko na wydmie, zaraz przy samej plaży. Plaża jest szeroka, piasek mięciutki, woda lazurowa, a dookoła nas? Zaledwie kilka parasolów. Oczywiście, sami Włosi z rodzinami na wakacjach. Na terenie zaś wszelkie udogodnienia, od dość wypasionych łazienek po baseny, sklepy, pralnie i restauracje. Campery, namioty, bungalowy… sypialniane Kangoo :) W tej dość sporej wiosce campingowej można było się porządnie zgubić!

ugento

Camping Riva di Ugento znajduje się parę kilometrów plażą, nieco więcej autem, od Torre San Giovanni – malutkiej miejscowości nadmorskiej. Jeśli kiedykolwiek tu traficie, koniecznie zajdźcie do portu, do Friggitoria del Porto. Serwują tu w bardzo korzystnych cenach świeżutkie owoce morza. Wystarczy przed wejściem zaznaczyć na karcie dania, na które mamy ochotę (czekamy na wolny długopis przy ustawionym przed wejściem blacie, sugerujemy się zdjęciami potraw, patrzymy, co zaznaczają inni, trochę próbujemy koślawym włoskim zapytać, co warto zaznaczyć) i ustawić się w dość długim ogonku do kasy. Nie ma tu luksusów, bo owoce morza podawane są na plastikowych talerzykach, ale z pewnością jest tu bardzo smacznie! Nie robimy sobie zatem kłopotu z próbowaniem innych lokali i codziennie na kolację wpadamy do Figgitorii w porcie.

torresangiov

Zaraz potem idziemy na spacer po bulwarze, zjeść naleśnika z nutellą i bananem, wypić drinka czy poczuć się jak we włoskiej Krynicy Morskiej. Odwiedzamy również Gallipoli – kolejne piękne włoskie miasto ze starą częścią i wąskimi uliczkami.

Sielski pobyt w Riva di Ugento trwa zaledwie kilka dni. Nad większość Włoch nadciągają bowiem potężne ulewy, a prognoza pogody mówi, że w Torre San Giovanni szybko nie znikną. Ulewa dopada nas w nocy. Nad ranem wciąż leje. Leje w południe, i w popołudnie. Zmarznięci zaczynamy szukać słońca. Jest ciężko, bowiem chmury są wszędzie! Wracamy zatem w stronę Rzymu, byle blisko do lotniska. Po około 7 godzinach docieramy do Lido di Ostia i otrzymujemy niespodziankę – słoneczną, upalną pogodę. Ostatnie dwa dni spędzamy zatem w samym centrum Lido di Ostia, wylegując się na plaży, śpiąc w przytulnym i przeuroczym (!) apartamencie, i zajadając w obłędnej knajpce Antico Traiano piętro niżej (wiem, wiem, mało to włoskie, ale zjedliśmy tam najlepszego hamburgera!).

lidodiostia

Kiedy piszę ten post (a rozkładam tę przyjemność na kilka dni) jesteśmy w trakcie planowania kolejnej włoskiej podróży. Tym razem atakujemy Toskanię. I choć wstępny plan zakładał poruszanie się transportem publicznym, to ostatecznie… wypożyczamy kombi i pakujemy materac i śpiwory. Ahoj przygodo!

Rzym w dwa dni?

20160830-DSC_4597Kocham Włochy! Co tu dużo mówić. Nie tak bardzo jak Francję, a szczególnie mój formidable Paryż, lecz we Włoszech jest to coś, do czego chce się zawsze wracać. Pogoda, widoki, jedzenie, przyroda? Tanie loty? :)

Zatem we wrześniu za cel dwutygodniowego urlopu wybraliśmy Włochy. Konkretniej, ich południową część, Apulię. Zaś po drodze Rzym i Sorrento.

W Rzymie spędziliśmy raptem dwa dni z kawałkiem. Po kilku latach musiałam do niego wrócić. Bo Rzym jest wspaniały (pisałam o nim już TUTAJ)! Do zwiedzania, do wałęsania po uliczkach, do siedzenia na schodach z kawałkiem pizzy czy najlepszymi na świecie lodami.

20160830-DSC_4619

Po przylocie do Rzymu późnym wieczorem zatrzymaliśmy się w małym, budżetowym hoteliku przy stacji Termini. To wygodna lokalizacja, nie za droga, a stąd do centrum chwilkę piechotą. Oczywiście nie pominęliśmy największych atrakcji i zabytków Rzymu. Do żadnych z atrakcji nie kupujemy jednak biletów wstępu, nie stoimy w kolejkach, po prostu spacerujemy i przyglądamy się temu miastu.

Moje ulubione miejsca i co warto zobaczyć w Rzymie:

20160829-IMG_6639

Bazylika św. Piotra – wstęp jest darmowy, a kolejka szybko się posuwa i nie odstrasza jak w przypadku zwiedzania innych części Watykanu. Tym razem byłam przygotowana i ubrałam się należycie. Bazylika św. Piotra zachwyca nie tylko z samego Placu św. Piotra czy Mostu św. Anioła, ale przepiękne jest jej wnętrze. Bazylika przede wszystkim jest przeogromna! Mieści się tu pokaźna ilość kaplic (mdz.in. Piety Michała Anioła, czy św. Sebastiana z grobem Jana Pawła II) i ołtarzy. Mnie urzekły między innymi zdobienia na kopule i marmurowa posadzka.

20160830-DSC_4600

Most św. Anioła – idąc od strony Watykanu siłą rzeczy przechodzimy przez Most św. Anioła. Zamknięty dla ruchu samochodowego przeprowadza nas nad rzeką Tyber z Watykanu do centrum Rzymu. Zapatrzcie się nie tylko w zostający w oddali Watykan, ale i figury aniołów, które strzegą przejścia między miastem a miejscem świętym.

Plac Navona – kolejne miejsce, gdzie choć na chwilę możemy przysiąść (chociażby na Fontannie Czterech Rzek) z kawałkiem pizzy, szpatułą lodów czy panini, i chłonąć atmosferę płynącą z pobliskich knajpek, ulicznych malarzy i grajków.

Panteon – mieści się na małym, uroczym placyku Piazza della Rotonda. Wstęp jest bezpłatny. Lubię przysiąść na jednej z niewielu ławek. Odpocząć, pomyśleć, poobserwować. Spojrzeć w górę na jedyne nieosłonięte okno, w kopule. Jest spokojnie i nie tłumnie. I chłodno. Co najmniej pół godziny odpoczynku od upału.

Plac Wenecki – wraz z ogromną budowlą Ołtarzem Ojczyzny. Najlepiej prezentuje się w nocy.

Fontanna di Trevi  cóż że zachwycająca jak przeokropnie dużo tu ludzi! Zrobić zdjęcie i uciekać. Wrócić ewentualnie w nocy. Dla chętnych – wrzucić drobniaka, przez ramię, za siebie. Jedna moneta wróży ponowną wizytę w Rzymie, dwie – romans, trzy – ślub (w trosce o fontannę nie wrzuciłam żadnej, ups!). Monety co jakiś czas są wyławiane.

Schody Hiszpańskie – romantyczne miejsce spotkań Rzymian, a zwłaszcza par. Szczególnie wiosną, kiedy schody przystrojone są ogromem kwiatów. Poczujcie się przez chwilę jak Audrey Hepburn i Gregory Peck w „Rzymskich wakacjach”.

20160830-DSC_4616

Ogrody Borghese – przeogromny teren parku położonego na wzniesieniu, do którego dostaniemy się z Placu del Popolo i od razu trafimy na taras z widokiem na dachy Rzymu. Przechodząc w głąb parku możemy znaleźć schronienie przed upałem na niejednym trawniku czy przy stawie, po którym pływają łódki.

20160828-IMG_6611

Forum Romanum – oczywiście, nie wchodzimy na jego teren. Doskonale cały teren widać z Kapitolu.

Pałac w Kwirynale – przechodzimy przed Pałacem kierując się już w stronę Koloseum. Siedziba prezydenta Włoch.

Usta Prawdy – i znów kolejka, kolejka, miasto kolejek! Na szczęście nie mamy potrzeby uciachania ręki (i kilku €), więc omijamy kolejkę i nie wchodzimy do środka. Usta Prawdy jednak są doskonale widoczne z perspektywy chodnika.

20160830-DSC_4710

Koloseum – zdecydowanie w nocy! Koloseum jest wówczas przepięknie podświetlone. Siadamy na murku i po prostu patrzymy, robimy zdjęcia, trzymamy się za ręce. Rzym nocą jest bardzo romantyczny!

20160829-IMG_6658

20160830-DSC_4625

Campo de’ Fiori  niekoniecznie wszyscy turyści tutaj docierają. Z pewnością nie wycieczki. Na Placu Campo de’ Fiori zwykle natkniemy się na targ ze świeżutkimi warzywami i owocami czy kwiatami. Dookoła knajpki i sklepiki. W tratorii za rogiem Włoszka wyrabia makarony. Jest spokojnie, bo cały zgiełk pozostał kilka uliczek dalej.

20160831-DSC_4773

Zatybrze (Trastevere)  mam wrażenie, że fala turystów zostaje na drugim brzegu Tybru i nigdy tutaj nie dociera. A przecież tutaj tak pięknie. Wąskie uliczki, obdrapane kamieniczki, klimatyczne knajpki i kafejki. Dużo więcej tu spokoju i luzu. Jeśli więc masz już dosyć szalonych tłumów pod fontanną di Trevi, kolejek do Watykanu i restauracji z angielskim menu, udaj się na Zatybrze. Dotrzyj tutaj zahaczając po drodze o wysepkę na rzece Tyber – Isola Tiberina.

20160830-IMG_6672

Gdzie tanio zjeść:

Pizzeria Baffetto, Via del Governo Vecchio, 114 – absolutnie musicie tutaj zjeść! To chyba najlepsza pizza, jaką jadłam w życiu. W równie genialnej atmosferze. Ciasna, klimatyczna, dwupoziomowa knajpka, która nie wyczyści Waszego portfela. Na pizzę trochę się czeka, sąsiad przy stoliku obok może trącić Cię łokciem, kelner pospiesznie wymienia papierowe nakrycia, jest bardzo głośno i włosko! Wieczorem ustawia się kolejka do wejścia. Rezerwacja? O ile zapamiętają, że dzwoniliście :)

Pizzeria Baffetto mieści się w jednej z moich ulubionych części Rzymu – okolic Placu Navona. W wąskich uliczkach pełno tu knajpek i sklepików. Zaraz obok Baffetto genialna lodziarnia Frigidarium.

20160830-DSC_4656

Frigidarium, Via del Governo Vecchio, 112 – to nieprawda, że w każdej gelaterii we Włoszech zjesz wspaniałe lody. Jednak we Frigidarium zjesz je na pewno! Mówię to ja i Włosi, którzy wyrywają się z biur podczas sjesty, żeby tu wpaść.

20170105-IMG_6613

Pastificio, Via della Croce, 8 – super budżetowa i przyzwoita pasta. Woda (lub wino) za darmo. To nie restauracja, a jedynie niewielki sklepik z makaronami. Dostajesz makaron w plastikowy pojemnik, plastikowe sztućce i zajadasz na pobliskim murku.

Cajo & Gajo, Piazza di San Calisto, 10 – fantastyczna obsługa i budżetowe ceny. Knajpka znajduje się w zacisznym miejscu na Zatybrzu i serwuje pyszne mdz. in. pyszne śniadania i kawę. I co jeszcze raz powtórzę – niespotykana obsługa!

20160831-DSC_4797

Osteria da Luciano, Via Giovanni Amendola, 73 – dość niepozorna, malutka knajpka niedaleko dworca Termini prowadzona przez uroczego Włocha. Otoczenie nie zachwyca, ale dania są proste i przesmaczne! Tanio!

20160829-DSC_4546

Rzym nie przestaje mnie zachwycać. To dobra destynacja na dłuższy weekend. Warto tu spędzić trzy dni w niespiesznym tempie. Loty są bardzo dostępne, a rezerwowane odpowiednio wcześniej – niedrogie.

20160830-DSC_4667

Mogłabym wyliczyć sto powodów, dla których mam ochotę ciągle tutaj wracać. Mnogość dzieł sztuki i architektury, wąskie uliczki ze starymi kamienicami, mosty nad Tybrem, dostępność wszystkich miejsc bez brania komunikacji miejskiej, włoska kuchnia, włoskie lody (!), włoski język. Rzym za dnia i nocą (!). Pisząc ten post znów za nim zatęskniłam!

Rzym